POMAGAMY DZIECIOM ULICY
 Ponad 4000 dzieci w Kolumbii żyje na ulicy! Polscy pallotyni zapewnili ciepło ogniska domowego niektórym z nich w ośrodku Casa Hogar im. Jana Pawła II. Możesz włączyć się w opiekę nad wychowankami Casa Hogar wspierając utrzymanie tego domu: Bank PKO BP SA: 65 1020 1042 0000 8602 0187 3256 z dopiskiem: Darowizna na rzecz dzieci ulicy Na przekazie w polu „tytułem” można wpisać swój e-mail. Na podany adres wyślemy potwierdzenie wpłaty oraz później aktualne informacje o działalności misyjnej pallotynów. Podanie adresu e-mail rozumiane jest jako wyrażenie zgody na przesyłanie informacji przez Fundację Salvatti.pl i Pallotyński Sekretariat Misyjny pod wskazany adres. Wszystkim, którzy zwrócą się do Fundacji z prośbą o wydanie zaświadczenia o wysokości przekazanej darowizny w celu odliczenia jej od podatku, zaświadczenie takie Fundacja prześle pocztą Aby dokonać płatności pzez Internet kliknij  W pole "opis transakcji" należy wpisać: Darowizna na rzecz dzieci ulicy
DZIECI ULICY Dzieci ulicy nie są sierotami w pełnym tego słowa znaczeniu. Często mają rodziców lub przynajmniej matkę, ewentualnie adopcyjnych rodzicówZ powodu biedy nie chodzą jednak do szkoły i cały czas spędzają na ulicy, gdzie "uczą się" życia. W Medellin około 4 tysięcy dzieci żyje na ulicy lub jest zagrożonych brakiem dachu nad głową i środków do życia. 
Dzieci ulicy nie uczęszczają do szkoły, nie mają żadnej opieki lekarskiej, często są głodne, żyją pod mostami, w kanalizacji, na parkingach, opuszczonych posesjach. Problemem jest zapewnienie tym dzieciom odpowiedniej terapii i odzyskania ich do życia w normalnym społeczeństwie. W Medellin i poza miastem są miejsca, w których można umieścić wiele z tych dzieci, ale brakuje programu i specjalistów do pracy z nimi, zwłaszcza, że dzieci często są okaleczone duchowo, moralnie zepsute z powodu ciągłego przebijania się przez życie siłą i agresją. Wiele ośrodków do pracy z dziećmi nie chce przyjmować dzieci ulicy u siebie, gdyż sprawiają trudności wychowawcze.
Wiele z nich już od 5-6 roku życia jest przyzwyczajanych przez własnych rodziców do zarabiania pieniędzy. Zwykle rodziny nie interesuje, w jaki sposób dziecko zdobywa pieniądze, musi je po prostu przynieść do domu. Wśród swych rówieśników starają się nauczyć metody przetrwania. CASA HOGAR IM. JANA PAWŁA IICasa Hogar funkcjonuje na zasadzie internatu dla dzieci ulicy. W języku hiszpańskim Casa Hogar oznacza Ognisko domowe. Dzieci przychodzą do osrodka w niedzielę po południu, a w piątek wracają do własnych domów. Życie codzienne w domu opieki Casa Hogar podobne jest do atmosfery domu rodzinnego. Program dnia stworzyli wspólnie mieszkańcy domu. Po śniadaniu dzieci idą do szkoły, skąd wracają na obiad. Po obiedzie porządkują swoje pokoje (czteroosobowe) i cały dom. O godzinie 15.00 jest Koronka do Miłosierdzia Bożego. Następnie mają czas na naukę, w której pomagają im wolontariusze. Czas wolny mogą spędzać w swoim parku z huśtawkami czy na boisku. O 21.00 jest już czas spoczynku, ponieważ lekcje w szkole rozpoczynają się wcześnie, ok. 6.30 lub 7.00. Wychowankowie wspólnie chodzą do kościoła, na basen, codziennie wieczorem wspólnie odmawiają różaniec według własnych intencji. Stałą intencją jest modlitwa za Ojca Świętego. Do Casa Hogar są przyjmowane dzieci z rodzin skrajnie ubogich. Warunkiem jest uczęszczanie do szkoły przynajmniej od roku. W ośrodku mogą mieszkac do matury i usamodzielnienia się. Mieszkańcy Domu Casa Hogar mają zapewnione ubezpieczenie, opiekę lekarza i psychologa. Dom został wpisany w rejestr instytucji charytatywnych działających w Kolumbii. HISTORIA DOMU DLA DZIECI ULICY W BELLO Ojciec Święty Jan Paweł II wielokrotnie apelował do Polaków o pomoc duszpasterską dla Ameryki Łacińskiej. W lipcu 1996 r. Prowincja Chrystusa Króla Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego odpowiedziała na tę prośbę przyjmując zaproszenie arcybiskupa Hektora Rueda Hernandeza – ordynariusza Medellin – do uczestniczenia w życiu Kościoła kolumbijskiego i wzbogacenia go charyzmatem pallotyńskim. Rok później pallotyni podjęli pracę w Santa Elena na terenie archidiecezji Medellin. W roku 2000 Stowarzyszeniu przekazano parafię pw. Epifanii w Bello na przedmieściach Medellin, w której oprócz pracy duszpasterskiej propagowany jest kult Miłosierdzia Bożego. Znajduje się tu również pallotyński dom formacyjny dla kandydatów do Stowrzyszenia. Pallotyni po przejęciu parafii wBello, w roku 2000, zaangażowali się w pomoc dzieciom z najuboższych rodzin. Różne były formy pomocy, np. opłacano dziecku naukę wszkole. Po jakimś czasie okazywało się, że pomimo tej pomocy, dziecko zostawiało szkolę. Dlaczego? Co prawda dziecko miało opłaconą szkole, ale w domu rodzina przymierała głodem, nie miała prądu elektrycznego czy wody, a w tych warunkach dziecko nie było w stanie się uczyć. W roku 2005 pallotyni otrzymali środki od pewnego ofiarodawcy, który po śmierci Jana Pawła II chciał postawić żywy pomnik wdzięczności Panu Bogu za dar naszego Wielkiego Rodaka. Wtedy zakupiono budynek dla 25 dzieci, który nazywa się zgodnie z wolą ofiarodawcy Domem Jana Pawła II. Placówka ta jest żywym pomnikiem miłosierdzia ufundowanym ku czci naszego Rodaka, którego wszyscy tu nazywają El Grande - Wielki, Jan Paweł II Wielki.
BELLO Bello leży około 10 kilometrów na północ od Medellin. Rozciąga się na powierzchni 149 km2 i jest podzielone na 71 dzielnic, 14 gmin i jeden region. Liczy ponad 400 tys. mieszkańców. Jest często nazywane miastem artystów, ponieważ są tu organizowane liczne imprezy kulturalne, dzięki wielkiemu zaangażowaniu mieszkańców. Historia miasta zaczyna się w roku 1574. W tym czasie Ispahán Gaspar de Rodas wysiedla Indian i zakłada hodowlę bydła. Miasto zmieniało swoją nazwę kilka razy. Obecna nazwa pochodzi z roku 1883, nadana na cześć humanisty Andres Bello, nauczyciela i przyjaciela Simona Bolivara, który wyzwolił część Ameryki Południowej z rąk Hiszpanów. Z miasta Bello pochodzi zasłużony dla Kolumbii prezydent Marco Fidel Suarez, rządzący w latach 1918-1921. W ciągu całej swojej historii Bello miało okresy świetności i upadków. Tragiczne dla tego miasta były lata osiemdziesiąte XX wieku, kiedy słynny kapo narkotykowy Pablo Escobar, działał w Medellin. Z miasta Bello, z najuboższych dzielnic, wywodziły się zastępy jego najemników, często nieletni. Ten czas ludzie wspominają ze smutkiem. Gdyby umieścić małe krzyżyki w miejscach gdzie ginęli ludzie, nie można by było przejść. Tylko w pallotyńskiej parafii jest zamknięta uliczka (jakieś 50 metrów), gdzie zginęło ponad 40 osób. Z tamych czasów pozostały smutne wspomnienia. Często można usłyszeć od mieszkańców innych regionów powiedzenie typu: „Czy może być coś dobrego z Bello?”  Obecnie, tak jak w całym państwie, sytuacja ekonomiczna jest trudna, ogromne bezrobocie, narkotyki, przemoc. Jest też nadzieja. Władze miejskie z udziałem przedstawicieli Kościoła doprowadziły do rozmów i próby rozbrojenia band które działają w mieście. Jest ich dwanaśnie, w których działa ok. 2 tys. młodych ludzi siejących postrach nie tylko w mieście, ale na terenie departamentu i poza nim. Pallotyni dzielą smutki i radości z mieszkańcami miasta. W parafii, szczególnie w piątki, spotykają się czciciele kultu Pana Jezusa Miłosiernego i wszyscy z ufnością, myśląc o lepszej i spokojniejszej przyszłości tego regionu, powtarzają za św. siostrą Faustyną słowa ufności „Jezu, ufamy Tobie”.
PODZIĘKOWANIE DLA OFIARODAWCÓWSerdecznie dziękujemy Pani Bożenie Struniawskiej, Uczniom i całemu Gronu Pedagogicznemu z ZSZ nr 4 im. A. Chętnika w Ostrołęce. Nasi Ofiarodawcy zorganizowali w szkole 22 kwietnia 2009 r. dzień misyjny pod hasłem: „Pomóżmy dzieciom w Kolumbii!”. Dzięki tej akcji zebrali pieniądze, które zostały przekazane do domu dla dzieci ulicy „Casa Hogar” w Medellin (Kolumbia). GWINEA: DZIECI ULICY„Lepiej ubóstwo na wolności, niż bogactwa w niewoli”. Pierwszy prezydent Gwinei Sekou Toure, po uzyskaniu niepodległości, 2 października 1958 r., snuł wielkie i obiecujące plany na przyszłość. W trakcie 27 lat swoich rządów bezwzględnie zwalczał każdą opozycję. Do roku 1978 1/3 ludności Gwinei opuściła kraj. W 1984 r. w wyniku zamachu stanu do władzy doszedł gen. Lansna Conte. Za jego rządów, nacechowanych gospodarczym liberalizmem, kwitła korupcja i nepotyzm. Dziś mieszkańcy Gwinei żyją na granicy ubóstwa. Kraj jest gospodarczo wyniszczony, pozbawiony odpowiedniej infrastruktury, opieki zdrowotnej i szkolnictwa. Wysoki wskaźnik umieralności dzieci i analfabetyzmu, także niski wiek życia powodują, iż kraj ten zaliczany jest do najuboższych państw na świecie. Z drugiej zaś strony Gwinea dysponuje bogactwami naturalnymi pożądanymi przez zagraniczne przedsiębiorstwa. Także zróżnicowane strefy klimatyczne stwarzają doskonałe warunki do rozwoju rolnictwa. Gwinea środkowa jest najwyżej wzniesionym terenem Afryki zachodniej i z racji bogatych zasobów wodnych nazywana jest „wodnym wulkanem”. Tutaj biorą początek wielkie afrykańskie rzeki: Gambia i Niger. Mimo tak wielkiego potencjału Gwinea uzależniona jest od zagranicznych zasobów żywności.
Po śmierci Monte w grudniu 2008 r. krajem rządzi junta wojskowa. Na rok 2010 planowane są nowe wybory.
Noc rybaka W poszukiwani dzieci
„Afryka to szkoła cierpliwości, a jej uniwersytetem jest Gwinea”, mówi ks. Stefan Stirnemann. Codziennie musi wykazać dużo cierpliwości, wytrwałości i samozaparcia, aby wyżywić ponad 300 dzieci, podopiecznych swoich domów. Stale zabiega w afrykańskiej dżungli prawnej o akceptację i wsparcie dla wychowanków, byłych dzieci ulicy. Ludność Gwinei jest bardzo uboga, a dzieci pozostawione same sobie. Nikt nie czuje się odpowiedzialny za ich los. W czasach kryzysu gospodarczego w mieście brakuje podstawowych produktów spożywczych.
Pogłębiająca się nędza i ubóstwo społeczeństwa najdotkliwiej odbija się na sytuacji dzieci. Wiele z nich trafia na ulicę, gdzie przeżywa tylko najsilniejszy. O. Stefan Stirnemann, nazywany „Marabole Baba” (Ojciec dzieci ulicy) organizując sieć domów św. Józefa, walczy o przyszłość tego zagubionego pokolenia.
O godzinie piątej rano, gdy ciemności afrykańskiej nocy spowijają „Palais de Peule”, szczupła sylwetka przemyka pomiędzy rozrzuconymi kartonami. „Marabole Baba” szuka dzieci. Ubrane w poszarpane odzienie, stłoczone w małe grupy, śpią zanurzone głęboko w swoich marzeniach. Ks. Stefan dotyka je delikatnie i cicho do nich przemawia. Swoje poranne wypady do miasta określa mianem „La peche des enfants” – „łowienie dzieci”.
W roku 2008 Republika Gwinei obchodziła 50-lecie odzyskania niepodległości. Z tej okazji przed Pałacem Narodowym w stolicy odbył się uroczysty jarmark. Teraz pozostały po nim jedynie puste kartony i dużo śmieci wirujących w podmuchach porannego wiatru. Pod Pomnikiem Wolności, który stoi na placu, siedzi znudzony wartownik. Obok niego radio – z prawie pustą baterią. Cicha muzyka – niczym niewidoczna nić, wije się pośród ciemności. Wiatr unosi pył i leżące wokół gazety.
Radość z odzyskania niepodległości szybko ustępuje rozczarowaniu, a wszelkie oczekiwania stają się czystą iluzją. Ostatni dyktator Lansana Conte zmarł w samym roku jubileuszowym. Pozostawił wyniszczony kraj i ludzi pozbawionych perspektyw. 50 lat po wycofaniu się francuskich kolonizatorów Gwinea pogrąża się w ubóstwie i nędzy. Najbardziej z tego powodu cierpią dzieci.
Schronienie w sieciach rybnych i łodziach
Dwóch młodych chłopców śpiących pod słupem ogłoszeniowym zdążyło się już obudzić. „Marabole Baba” zamienił z nimi kilka słów. Opowiedział im o łóżku i ciepłym posiłku. Dla tych dzieci to bardzo kusząca perspektywa. Z zaspanymi jeszcze oczami wysłuchały jego słów. Dostały zaproszenie do St. Josef Foyer oraz 2000 franków gwinejskich, czyli ok. 30 centów, na przejazd autobusem.
O. Stefan Stirnemann – „Marabole Baba”, „Ojciec dzieci ulicy”, od 16 laty pracuje w chaosie niegdyś dumnej stolicy Conkary. „Prawdziwe dzieci ulicy można spotkać tylko wczesnym rankiem, gdy jeszcze śpią. Potem chowają się i nie ma po nich śladu” – mówi kapłan.
Raz w tygodniu wyrusza na połów pośród bagien wielkiego miasta. Swoje „łowy” zaczyna od Pałacu Narodowego, następnie przemierza miasto, docierając aż do portów rybackich: „Teminita” i „Boulbinet”. Slumsy Conakry ciągną się aż do nadmorskich plaż. Po przypływie pełno w nich oleistej, cuchnącej fekaliami mazi. Dzieci ulicy śpią przykryte sieciami rybackimi i plastikowymi kartonami.
Ks. Stirnemann nie wie, jak wiele dzieci tego dwumilionowego miasta żyje na ulicy. To one są jego największym życiowym wyzwaniem, jego przeznaczeniem, jak stale powtarza. „70% z nich to dzieci rozwiedzionych rodziców, które nie zostały zaakceptowane przez nowych partnerów swoich rodziców. Uciekają z domu, albo są wypędzane. Często schodzą na złe drogi i są prześladowane”, mówi kapłan.
Dwupiętrowy dom St. Josef Foyer znajduje się w dzielnicy Kountia, 45 minut autobusem od centrum Conakry. W porze deszczowej trudno tam dotrzeć. Obok drogi widać gęsto usiane drewniane budy, służące jako domy, ale i niedokończone rezydencje, pamiętające czasy dobrobytu. Nie ma kanalizacji, ani zaopatrzenia w energię. Tak, jak każdy większy dom, również St. Josef Foyer otoczony jest wysokim murem z żelazną bramą. W domu znajdują się, obok części prywatnej, dwa pomieszczenia klasowe, mała apteka, gabinet lekarski i biura pracowników administracji.
Dziś na kapłana czeka siedmioro nowych dzieci. Ks. Stirnemann rozmawia z każdym z nich z osobna: pyta o ich nazwiska i o rodziców. „Każde nowe dziecko musi powiedzieć skąd pochodzi. Niekiedy ludzie z sąsiedztwa przyprowadzają dzieci do ośrodka i domagają się zwrotu pieniędzy za autobus”, dodaje kapłan.
Zabobony i czary – w istocie chodzi o pieniądze
Również i tych siedmiu chłopców przyprowadził nieznany mężczyzna. „Pytam się dzieci, co matka gotowała im wczoraj na obiad, czy w domu spali w łóżku, czy na ziemi. Prawdziwe dzieci ulicy mają rany na nogach”, podkreśla kierownik ośrodka.
Souleymane Kaba stracił w krótkim czasie oboje rodziców. „Ludzie z mojej wioski powiedzieli, że źródłem nieszczęść spadających na moją rodzinę są czary. Udałem się do Conakry do mojego wujka, mówi 14-latek. Niestety nie znalazł go. «Od czterech miesięcy mieszkam na ulicy».
Abdullaye Camara chodzi w o wiele za dużym płaszczu. Zgubił 25 000 franków, czyli ok. 40 centów i z lęku przed karą nie wrócił do domu. Na pytanie o wiek odpowiada, że wie tylko, że się urodził. W każdej rodzinie głównym spadkobiercą jest pierworodny syn. Gdy rodzic zmienia partnera i jest dwóch pierworodnych, jeden z nich musi odejść”, wyjaśnia ks. Stirnemnn.
Duchowny zapisuje wszystko, co mówią w wywiadzie dzieci. „Po pierwsze chłopcy pozostają w ośrodku, dopóki nie odnajdziemy rodziców”, dodaje. Mężczyzna, który przyprowadził dzieci, otrzymuje pokwitowanie z podpisem. Pieniądze otrzyma wtedy, gdy wyjaśni się skąd pochodzą dzieci i czy rzeczywiście zapłacił za przejazd autobusem. Mężczyzna ten jeszcze wiele razy pojawi się przed bramą Ośrodka, oczekując na zapłatę.
Dom dla dziewcząt
W oddalonym o 50 kilometrów Coyah znajduje się dom dla dziewcząt. Miriam Sire Soumah i Seny Louna podają rytm do tańca. Nie ma trąbek, ale żółte kanistry po benzynie doskonale je zastępują. Dziewczęta wprawiają w ruch swoje ciała. 20 dziecięcych głosów z entuzjazmem wyśpiewuje „gloria a ton nom”. Stopy tańczą i unoszą pył czerwonej ziemi. Na komendę Miriam wszyscy klaszczą w dłonie.
Dom dla Dzieci St. Claudine jest dotychczas jedynym domem dla dziewcząt. „Dziewczęta są silniej włączone w strukturę rodziny niż chłopcy”, wyjaśnia ks. Stefan. W Gwinei 85% ludności jest wyznania muzułmańskiego, dlatego poligamia jest rzeczą naturalną. „Kobiety i dziewczęta muszą pełnić klasyczne role kobiece: praca w domu i w polu, wychowanie dzieci, opieka nad starszymi. Dlatego nie lądują tak szybko na ulicy”, wyjaśnia duchowny. Niestety, dziewczęta boleśniej odczuwają kłótnie rodziców. „Często jest tak, iż mężczyzna bierze drugą żonę. Rodzice Miriam stale kłócili się o nową partnerkę ojca. Jej matka nie chciała jednak opuścić domu z powodu dzieci”, wyjaśnia Elise Haba, kierownik domu i najbliższy powiernik dziewcząt. Kłótnie pomiędzy rodzicami zaostrzały się. Ojciec Miriam powierzył czarownikowi misję usunięcia matki. Gdy Miriam stanęła w jej obronie ojciec wyrzucił ją z domu, natomiast po matce słuch zaginął. „Nie wiem, gdzie jest”, szepcze dziewczynka.
Bliźniaczki Catherina i Seny Louna przybyły do domu jako sieroty. Obie pochodzą z północy Gwinei. Często alienują się z grupy. Są smutne i małomówne. Na pytanie, jak znalazły się w Coyah, milczą. „Nie znalazłam tutaj rodziny, ani ojca”, mówi Seny.
Projekt „Rodzina dla Seny i Catheriny” jest trudny do zrealizowania. Ks. Stirnemann ma stale problemy z właścicielami wynajmującymi lokale. W Gwinei za wynajem lokalu płaci się za dwa lata z góry. Ośrodek musiał zapłacić 600 000 franków gwinejskich, czyli około 100 euro. Pewnego dnia właściciel mieszkania postanowił podnieść czynsz do miliona. Wyrzucił dziewczęta za drzwi, bez jedzenia i ubrania. „Trwało to cztery dni, dopóki wiadomość nie dotarła do mnie, do Conakry”, powiedział duchowny. W Gwinei właściciele mieszkań mogą podnieść czynsz z dnia na dzień i wyrzucić mieszkańców na ulicę.
Ks. Stirnemann musi bronić się nie tylko przed pozbawionymi skrupułów właścicielami. Także sąsiedzi Ośrodka byli wrogo nastawieni do nowych lokatorów. Zarzucali dzieciom kradzież i inne czyny przestępcze. Nie chcieli żadnych kryminalistów w sąsiedztwie. Kiedyś pod drzwiami stanęli wojskowi i policjanci z zamiarem szturmu na budynek. „Bogu dzięki, że żadne z naszych dzieci nie zostało ranne. Wybito tylko szybę”. Z czasem również i ludzie z sąsiedztwa stali się bardziej tolerancyjny. Głównie dlatego, iż mają wymierne korzyści z funkcjonowania pobliskiego ośrodka. St. Josef Foyer stanowi centrum opieki medycznej, poradnictwa, zaopatrzenia, edukacji i wychowania. Jest też i piłka nożna. W popołudniowym upale powietrze wiruje nad piaszczystym placem. Na dziedzińcu pomiędzy dwiema prowizorycznymi bramkami biegają młodzi piłkarze. Najmłodszy z nich, w żółtej koszulce, to Rolandino. Taki nosi przydomek. W rzeczywistości nazywa się Abubakar Souman i ma 10 lat. „Jest najmłodszym, ale i najlepszym graczem”, mówi trener i wychowawca zawodników Baba Goureissy. 20- letni mężczyzna sam kiedyś był dzieckiem ulicy. Wie, czego dzieci potrzebują oprócz ubrania, łóżka, edukacji i jedzenia. Jego głos rozlega się po podwórku. „To była dobra gra!”, chwali na zakończenie meczu. „Podczas gry dzieci najlepiej uczą się zasad współpracy, poszanowania granic, akceptacji innych i rozwiązywania konfliktów bez użycia przemocy”, podkreśla dwudziestolatek.
Podczas meczu chłopcy noszą imiona swoich ulubionych piłkarzy. Obowiązuje wszystkich zasada fair play.
Lekcje i wychowanie
Dzieci z St. Josef Foyer, podobnie jak inne, uczęszczają do szkół państwowych. Jedna klasa może liczyć nawet 100 uczniów. Aby dzieci z ośrodka nie miały zaległości szkolnych otrzymują korepetycje. „Nasi uczniowie należą do najlepszych w klasie”, mówi z dumą kapłan. Młodzież, mieszkająca w Domu, ma możliwość wyuczenia się zawodu w pracowniach krawieckiej i stolarskiej.
Powrót na łono rodziny
Najważniejszym celem działalności St. Josef Foyer jest powrót dzieci do rodzin i pojednanie z bliskimi. Wcześniej pracownicy ośrodka omawiają konflikty i problemy istniejące w rodzinach, tworząc w ten sposób warunki do ponownego przyjęcia dzieci.
Edukacja, wychowanie i powrót do rodzin to trzy filary działalności Ośrodka St. Josef Foyer. „Nawiązujemy kontakty z rodzinami. Zwykle rodzice są zadowoleni, gdy dowiadują się, że ich zaginione dziecko żyje”, mówi kapłan. Wiele dzieci trafia do swoich rodzin. Ale są i takie, które powracają na ulicę. Ks. Stirnemann nazywa ich swoimi „Byebyes”. „W naszym Domu panują określone reguły. Jedną z nich jest zakaz kradzieży. Ci, którzy nie przestrzegają tych reguł muszą opuścić Dom. «Gdybyśmy nie reagowali, inni myśleliby, że ksiądz wybaczy wszystko».
Każdy zna szczupłą sylwetkę kapłana, maszerującego energiczne poprzez miasto w kierunku portu. Po drodze ksiądz spotyka także swoich „Byebyes”. Pozdrawiają go i nieraz proszą o wybaczenie. Wielu z nich to już dorośli ludzie. Jedni pracują, inni nie. Ks. Stefan zna każdego po imieniu. Także oni nie zapomnieli swojego „Marabole Baba. Wiedzą z własnego doświadczenia, iż pomaga dzieciom, nawet jeśli znów lądują na ulicy: «Tam za rogiem, Ojcze, leży ktoś, kto potrzebuje pomocy».
Sieć ośrodków ST. Josef, prowadzonych przez ks. Stefana Stirnemanna, rozrzucona jest na przestrzeni 300 km. W domach tych przebywa łącznie 340 dzieci pomiędzy 5 i 16 rokiem życia. W stolicy Gwinei, Conakry, sześć domów przeznaczonych jest dla dzieci ulicy, a dwa na ośrodki opieki zdrowotnej i rehabilitacyjnej. W dzielnicy Kountia znajdują się trzy domy, centrum administracyjne i Foyer St. Josef. „missio-magazin”, styczeń 2010 r. tłum. U. Siniarska
|